Kadłubek, Gaja Grzegorzewska

30 lat temu w naszej rodzinie przyszły na świat trzy potworki. Myślę, iż była to kara za to, że potomstwo zostało poczęte w nienaturalny sposób i z niegodnych rodziców. Dla ostatniego z trzech wyrodków, wyciągniętego z ciotki siłą, przy wtórze jej piekielnych wrzasków, nie starczyło już małego ciałka. Wuj zawinął piszczący ochłap w gazetę, wyszedł z pokoju i nikt więcej nie widział stworka. Omdlałej ciotce oszczędzono wtedy widoku pozostałej dwójki, którą moja matka obmyła z krwi i zawinęła w pieluszki.

Następnego dnia, kiedy słońce ładnie świeciło cała historia nie wyglądała już tak strasznie i wuj bez obawy pokazał ciotce noworodki. Trochę płakała, ale radość z macierzyństwa była silniejsza. Wszyscy pogodzili się z losem i cieszyli razem z nią. Niestety ciotka nie miała mleka, więc jej pociechy wykarmiła moja matka. Ojciec śmiał się, że w ten sposób dzieci należą do wszystkich.

Tą historię opowiedział mi mój najstarszy kuzyn Witold, gdy byłam na tyle duża, że zaczynałam rozumieć i dziwiłam się, dlaczego ja rosnę, a Kadłubek jest wciąż taki mały, chociaż starszy ode mnie o 13 lat. Witold wytłumaczył mi, że Kadłubek już nie urośnie. To mnie nawet cieszyło, bo gdyby był większy bałabym się go jeszcze bardziej. Wszystkich śmieszył ten mój dziecinny strach a mama mówiła do ojca:

- Wyrośnie z tego, przyzwyczaisz się.

A ja nigdy się nie przyzwyczaiłam i zawsze bałam się Kadłubka. Na nic zdawały się docinki taty i wuja i wyjaśnienia mamy bym nie była niemądra i nie robiła wszystkim przykrości. Po każdej takiej rozmowie prowadziła mnie do niego i kazała mi czytać mu książki. Siedziałam w bezpiecznej odległości dygocąc i drżącym głosem czytałam mu opowieści o zamorskich podróżach i bezludnych wyspach. A on uśmiechał się do mnie nieśmiało.

Jakub, drugi z kolei kuzyn, by pokazać jak głupi jest mój lęk zawsze przytaczał tą samą historię. Gdy byłam całkiem malutka, tak malutka, że poruszałam się na czworakach, kładziono koło mnie kadłubka, który pełzał równie nieporadnie jak ja. Jakub mówił, że to było rozkoszne i że uwielbiałam się bawić z kalekim kuzynkiem.

Gdy byłam nieco starsza, miałam jakieś 5 lat często sadzali mnie na kolanach kadłubka a on woził mnie na swoim wózeczku, który załatwił mu doktor Lukullus.

W końcu mama zabroniła tego, bo Kadłubek wsadzał swojego kikuta pod moją sukieneczkę. To już pamiętam.

Czasami zdarzały się takie wstydliwe, żenujące i brzydkie rzeczy, ale o nich nie mówiono, przynajmniej nie otwarcie. Tata i wuj tylko trochę żartowali, że „...biedny chłopak nie może nawet załatwiać tych spraw jak każdy w jego wieku...”. Adam, trzeci kuzyn, mówił mi kiedyś głaszcząc mnie po kolanie, że „..nasza służąca Lila pomagała czasem Kadłubkowi jeśli wiem co ma na myśli...”. Nie wiedziałam. Miałam wtedy 12 lat.

W tym samym czasie kazano mi już karmić Kadłubka. Zwykle robiła to ciotka albo mama ale pierwsza z nich potwornie się roztyła i prawie nie ruszała się z łóżka (parę lat później było już z nią tyle samo roboty co z jej najmłodszym potomkiem) a mama wciąż próbowała wzbudzić u mnie litość i dobroć dla nieszczęsnego stworzenia, które u mnie wywoływało jedynie wstręt. Siadałam jak najdalej od niego i karmiłam go gęstym grysikiem, nie dostawał nic innego bo posiłek trwałby za długo. Lubił gdy go karmiłam. Uśmiechał się do mnie i mrugał załzawionymi oczami a ja odwracałam głowę. Jedzenie zawsze ściekało mu po brodzie. Zbierałam je łyżeczką a czasami sam wycierał się kikutem. Wuj krzyczał, że jestem do niczego, nie potrafię wykonać najłatwiejszej czynności i zawsze zostawiam Kadłubka zapaskudzonego. A ja nie mogłam się do niego zbliżyć by go wytrzeć, bo zawsze próbował mnie wtedy dotknąć wstrętnym kikutem.

Gdy miałam 16 lat nic się w domu nie zmieniło z wyjątkiem tego, że Annie coś się przydarzyło. Witold wyjaśnił mi, że wuj zabierze Annę do miasta i wszystko będzie w porządku. Nie było w porządku bo potem wszyscy traktowali ją jeszcze gorzej niż przedtem.         

Lubiłabym Annę, bo nie narzucała się, była spokojna i tylko przez cały dzień kąpała swoje lalki albo pomagała wujowi, jednak za bardzo przypominała swojego bliźniaka. Kadłubek nie miał rąk i nóg, był niemową i miał wadę serca, ale pomimo tego, co sobie o nim myśleliśmy, doktor Lukullus uważał, że jest on zdrowy na umyśle. Anna przeciwnie. Fizycznie nie była tak upośledzona jak brat. Nie miała jedynie palców u stóp zamiast nich miała coś w rodzaju płetw, ale tego i tak nie było widać, bo zawsze nosiła ortopedyczne obuwie, które dzięki doktorowi Lukullusowi wuj sprowadził z zagranicy. U prawej dłoni brakowało jej kciuka i palca wskazującego, ale to też nie miało znaczenia, bo i tak nie umiała pisać ani czytać. Była gruba i brzydka i ciągle coś mamrotała pod nosem wysuwając dolną wargę.

Anna bardzo mnie lubiła, jak byłam mała pozwalała mi się bawić swoimi lalkami. Lubiła też czesać moje długie, jasne włosy. Siadałyśmy na ganku. Opierałam bose stopy o balustradę a Anna czesała mnie mrucząc:

- Taka ładna dziewczynka. Ładna dziewczynka. Musimy cię uczesać.

Raz podszedł wtedy do nas wuj stanął obok Anny, która w uśmiechu wyszczerzyła do niego zepsute zęby.

- Czeszesz naszą księżniczkę? - zapytał. - Masz rację jest bardzo ładna. Wkrótce trzeba jej będzie znaleźć męża - to mówiąc pogłaskał mnie swoją szorstką dłonią po szyi. Głaszcząc mnie mówił dalej.

- Taka biała, delikatna skóra widać, że nasza księżniczka się nie przepracowuje.   

Wtedy właśnie zaczęłam zdawać sobie sprawę z dwóch istotnych spraw. Po pierwsze, że jestem piękna (co kuzyni i wuj a nawet ojciec dawali mi od pewnego czasu odczuć) po drugie co poniekąd wynikało z pierwszego, że nie pasuję tu. Moja uroda kontrastowała z brzydotą całej rodziny. Poza tym chociaż byliśmy najzamożniejszą rodziną we wsi nikt z nich nie był zbyt wykształcony a ja skończyłam różne szkoły i miałam nadzieję już wkrótce znaleźć męża i uciec stąd. I nigdy więcej nie zobaczyć Kadłubka. Początkowo myślałam, że wyjdę za któregoś z kuzynów, ale oni wcale nie chcieli się stąd ruszać. Uważali tak jak reszta, że dom rodzinny to najważniejsza rzecz w życiu. Matka mówiła, że jestem niewdzięczna skoro chcę stąd uciec.

Pewnego dnia gdy wracałyśmy z miasteczka, Anna wyznała mi, że Kadłubek się we mnie zakochał. Wyśmiałam ją i zabroniłam mówić takich bzdur. Ona jednak wykazała nietypowy dla niej upór, twierdziła, że mówią sobie z  bratem wszystko.

- Głupia jesteś - zbeształam ją. - Przecież to niemowa i przygłup. Jak ci powiedział? Bo chyba nie na migi - zaśmiałam się ale Anna była poważna.

- Będzie dla ciebie dobry. Bardzo cię kocha.

Nie wytrzymałam i uderzyłam Annę w twarz. Powiedziałam jej, że jeśli będzie mówić takie rzeczy poproszę wuja, żeby oddał ją do zakładu. Wtedy wreszcie zamilkła i tylko cicho szlochała.

Wkrótce zorientowałam się, że Anna mówiła prawdę. Ten potwór i ja! Co on sobie myślał? Wszyscy o tym wiedzieli i śmiali się ze mnie. Dokuczali mi, mówili różne ohydne rzeczy. Nawet mama się śmiała. Kadłubek się cieszył, bo był w centrum zainteresowania. Siedział zadowolony w swoim wózeczku a wuj szturchał go fajką i mówił wskazując na mnie, gdy nakrywałam do stołu.

- Dobrześ wybrał synu. Najładniejsza dzierlatka w okolicy. Tylko żeby w biedrach szersza
była to więcej dzieciaków przejdzie!

Kadłubek śmiał się i podskakiwał klaszcząc kikutami a ja tłukłam talerz i biegłam do mamy. Ona zaś strofowała mnie.
- Nie bądź niemądra. Wuj tylko żartuje. Najlepiej by ci było pójść za Witolda. Obrotny chłop i całkiem przystojny.

Od tego czasu coraz więcej przebywałam poza domem. Chętnie chodziłam do wsi po zakupy. Syn sklepikarza był taki miły. Dawał mi różne ładne rzeczy więc pozwalałam mu dotykać moich piersi na zapleczu. To był bardzo porządny chłopak.

Po domu poruszałam się niepewnie. Kuzyni podszczypywali mnie i mówili, że teraz powinnam sama przewijać i myć Kadłubka. Wieczorem kładłam się do łóżka i płakałam, ze strachu bałam się zasnąć. Któregoś ranka obudziłam się a na pościeli z głową na moich włosach leżał ten kaleki stwór, zupełnie nagi i zadowolony. Zerwałam się z krzykiem i usłyszałam śmiech kuzynów i Anny. Zrobiło mi się niedobrze. Pierwszy raz widziałam Kadłubka nagiego, jego przyrodzenie było nieproporcjonalnie wielkie w stosunku do krótkich kikutów. Zwymiotowałam na podłogę, co wszystkich jeszcze bardziej rozśmieszyło tylko sam Kadłubek jakoś posmutniał. Uderzyłam stojącego najbliżej Jakuba, ale Witold złapał mnie za ręce i rzucił z powrotem na łóżko, bracia chętnie przyszli mu z pomocą a Anna klaskała w ręce i piszczała aż Witold kazał jej się zamknąć. Wierzgałam drapałam i gryzłam, bo wiedziałam, do czego są zdolni. Jednak mamę zdenerwowały hałasy dobiegające z mojego pokoju i wysłała ojca by nas uciszył. Ojciec powiedział, że nie życzy sobie w domu takich wrzasków i takiego zachowania. Anna zawinęła Kadłubka w prześcieradło, które zresztą już zmoczył ze strachu, i wyniosła z pokoju. Kuzyni też wyszli. Od tej pory zawsze zamykałam w nocy pokój na klucz chociaż mama uważała, że to niezdrowo. Wieczorem wszyscy śmiali się, gdy Witold opowiadał o porannym żarcie. Było mi wstyd.

Kadłubek natomiast rzeczywiście zrobił się markotny po tym wydarzeniu. Napotykałam go w różnych częściach domu jak wodził za mną tymi załzawionymi, żebrzącymi litości oczami i wiercił się bezradnie. Wysuwał się tak bym musiała otrzeć się o niego przechodząc i patrzył. Któregoś dnia zobaczyłam go w sieni. Spadł z wózeczka i leżał na ziemi na plecach przebierając kikutami jak odwrócony na plecy robal. W jego oczach była prośba i smutek. Był odrażający. Odwróciłam się i odeszłam. Chciałam, żeby umarł. Od tej pory co noc się modliłam by Bóg uwolnił nas od niego.

Jakiś czas potem wybierałam się na potańcówkę z Jasiem ze sklepu. Mama uszyła mi ładną czerwoną sukienkę i miałam nowe buty, bardzo drogie, na obcasie. Kuzyni dokuczali mi jak zwykle, ale tym razem nie zwracałam na nich uwagi, bo byłam szczęśliwa. Kadłubek siedział w kącie, słuchał naszych rozmów i mruczał niezadowolony. Pomruki nasilały się i wkrótce przeszły w wycie. Mama poprosiła wuja by zabrał syna, bo te wrzaski są nie do zniesienia. Gdy wychodziłam wciąż słyszałam jak jęczy w beznadziejnej rozpaczy.

Bawiłam się wyśmienicie. Potem Jaś zabrał mnie do swojej ciężarówki. Obiecał, że zabierze mnie z tego domu jeśli tego chcę i włożył mi rękę pod sukienkę. Potem powiedział, że może trochę boleć. Nie wspominałam mu, że jak miałam 13 lat Witold chciał pokazać mi coś w szopie. Bolało i to nie tylko tam w środku, ale też dlatego, że drapał mnie w plecy worek na ziemniaki na którym mnie położył a do tego Witold był taki ciężki, nie mogłam oddychać i on chyba też bo tak ciężko dyszał nade mną. Potem kazał mi zmyć nad strumykiem krew z ud i pocałował mnie w czoło. Jaś też dyszał, ale nie tak bardzo, może dlatego, że nie był taki wielki. Jak skończył, odwiózł mnie do domu.

W nocy miałam koszmary, były takie realne, na drodze leżał Kadłubek przyciskając kikutem siekierę, wokoło leżały poodcinane kończyny. W jednej z nich rozpoznałam rękę, która pieściła mnie tego wieczoru. Wiedziałam, że mam być następna. Tylko w taki sposób mogłabym się stać osiągalna dla Kadłubka. Wokół stali moi kuzyni, prosiłam ich by wzięli mnie na ręce, bym nie musiała dotykać tych odciętych kończyn. Krew strumykami zbliżała się do moich bosych stóp. Kuzyni miotali się bezradnie i nic nie mogli zrobić.

Obudziłam się i leżałam w bezruchu. Wcale nie było lepiej. Koszmar trwał. Próbowałam zasnąć ale paląca potrzeba fizjologiczna zmusiła mnie do wyjścia z pokoju. Szłam najciszej jak mogłam. Przechodząc obok pokoju Anny i Kadłubka wstrzymałam oddech. Potem z ulgą otworzyłam drzwi do łazienki. Strasznie w niej było zimno. Zamknęłam okno, odwróciłam się i zobaczyłam go, leżącego w wannie. Zapomniałam, że kładą go tam za karę, gdy jest niegrzeczny. Nie wytrzymałam. Zaczęłam histerycznie krzyczeć, błagając by zostawił mnie w spokoju.

A on patrzył na mnie przerażony i mrugał oczami bo raziło go światło.

Trzy dni potem Kadłubek umarł. Doktor Lukullus powiedział, że coś mu zaszkodziło. Nikt poza Anną specjalnie nie rozpaczał. Nawet ciotka, była już wtedy zobojętniała na wszystko, chyba nawet nie dotarło do niej co się stało. Anna zdziwaczała jeszcze bardziej, więc kazałam wujowi by oddał ją do zakładu. Zrobił to bez wahania. Teraz już nic nie przypominało mi o Kadłubku. Zarządziłam by spalić wszystkie jego rzeczy i zabroniłam komukolwiek wspominać o tym co było. Chcieli urządzić mu pogrzeb chociaż ksiądz się wzbraniał ale tego też sobie nie życzyłam. Wuj włożył go do worka i zakopał w lesie. Czasami zastanawiam się gdzie dokładnie, ale w gruncie rzeczy nie interesuje mnie to wcale.



KONIEC