
Nominowana do Nagrody Bookera mocna satyra na temat zemsty i sprawiedliwości rasowej w Ameryce.
Kiedy w prowincjonalnym miasteczku Money na południu Stanów Zjednoczonych dochodzi do serii brutalnych morderstw, na miejsce przybywa dwóch czarnych detektywów ze stanowego Biura Śledczego Missisipi. Spotykają się z oporem ze strony miejscowego szeryfa, jego zastępcy, koronera i białych mieszkańców Money.
To ich nie dziwi. O wiele bardziej zaskakujące jest to, że przy każdej ofierze śledczy odnajdują ciało tego samego mężczyzny – łudząco przypominającego czarnego chłopaka zlinczowanego w tym samym miasteczku sześćdziesiąt pięć lat wcześniej.
Wraz z rozchodzącą się falą podobnych zabójstw w całym kraju to, co zaczęło się jako dochodzenie w sprawie morderstwa, szybko przeradza się w podróż w głąb brutalnej przeszłości Stanów Zjednoczonych…
„Drzewa” to bezpardonowa i prowokacyjna powieść wielokrotnie nagradzanego pisarza, który doskonale wyczuwa puls współczesnej Ameryki.
Drzewa to powieść, którą powinni wspólnie zekranizować Jordan Peele i Quentin Tarantino. Makabryczna i zabawna, szokująca i przewrotna. Bezpardonowa satyra na Amerykę czasów Trumpa, miejsce, gdzie haniebne zbrodnie przeszłości odbijają się zwielokrotnionym echem.
Jakub Demiańczuk, „Polityka”
To powieść przezabawna i przerażająca jednocześnie. Everett, mistrz pióra, znawca literatury i badacz losów czarnych mieszkańców USA, sięga po jeden z najtrudniejszych tematów – pisze o historii linczów na niewinnych, ograbionych z godności ludziach i pokazuje, jak głęboko w amerykańskim społeczeństwie wciąż zakorzenione są rasizm oraz pogarda wobec potomków niewolników. O sprawach najtrudniejszych potrafi jednak opowiedzieć z humorem, zdobyć zaufanie czytelnika i skłonić go do rozważań na temat niesprawiedliwości, podłości i istoty zła. Zła, które w trzeciej dekadzie XXI wieku wciąż się dzieje.
Michał Nogaś, Program Trzeci Polskiego Radia
Percival Everett – jak sam o sobie mówi: patologiczny ironista – stworzył kryminał, by opowiedzieć o straszliwych zbrodniach. Są tu brutalne morderstwa, lokalni policjanci niedorajdy, sympatyczna barmanka w dinerze, agenci federalni, charyzmatyczna staruszka, która dużo widziała i pamięta. Jest miasteczko Money w Missisipi ze swoją mroczną przeszłością, która odżywa.
Można powiedzieć: na Południu bez zmian, sny o drzewach, które rodzą dziwne owoce, nadal się tam śnią wielu ludziom.
Śmiać się, czytając o ludobójstwie? Chichotać, śledząc akty nienawiści na tle rasowym? Everett używa satyry podstępnie, wciąga nas w zaplątaną intrygę, by odsłonić przemoc, która ma głębokie korzenie. To literackie rozliczenie, to fantazja o odwecie, to groźba i lament.
Paulina Reiter, „Wysokie Obcasy”
Szaleńczo zabawna i makabryczna. W tej dynamicznej mieszance kryminału, komedii i horroru Everett zmusza czytelników do zmierzenia się z okrucieństwami, jakich doświadczyli czarni Amerykanie. To świadectwo ogromnego talentu Everetta, który potrafi z ponurego materiału stworzyć coś zarazem zabawnego, poruszającego i oburzającego.
Michael Magras, „Pittsburgh Post-Gazette”
Geniusz Everetta polega na tym, że w czasach reakcyjnego populizmu przechodzi do ofensywy, wykorzystując popularny gatunek powieści, by poruszyć ważny problem polityczny.
„The Guardian”
Satyra wyrastająca z tradycji Swifta, przepuszczona przez filtr Miasteczka South Park.
„The Daily Telegraph”
W ciągu czterdziestu lat kariery pisarskiej Everett wykonał wiele śmiałych kroków, ale Drzewa to jego najodważniejsze posunięcie. Autor przekształca fantazję o zemście w mistrzowską komedię grozy. Fabularne napięcie zyskuje tu moralny wymiar.
„Los Angeles Times”
Powieść Everetta ma niezwykle proroczy wydźwięk.
„Financial Times”
FRAGMENT KSIĄŻKI:
Del Roy czekał na podwórzu przed domem, kiedy Jetty z chrzęstem zahamował na żwirze. Zastępca był wyraźnie wzburzony, kiedy wyszedł szeryfowi na
spotkanie.
– Co to za rzecz niecierpiąca zwłoki? – zapytał Jetty.
– Kolejne.
– Kolejne co?
– Kolejne morderstwo. Wheat Bryant.
Jetty pokręcił głową i spojrzał na dom, jakby ten płonął.
– Co się, do kurwy nędzy, dzieje?
– To nie wszystko – powiedział Delroy.
– Co jeszcze?
– Po prostu musi pan to zobaczyć.
– Nie rób sobie jaj, Digby.
– Bez kitu, szeryfie, po prostu musi pan to zobaczyć.
Jetty ruszył za Delroyem przez frontowe drzwi i minął wciąż zawodzącą Babcię C. Charlene stała oparta o ścianę obok łazienki.
– To Wheat, szeryfie. Wheat nie żyje – stwierdziła Charlene.
– Przykro mi – powiedział Jetty. – Niech pani wyjdzie na podwórze i zaopiekuje się dziećmi. My się tu wszystkim zajmiemy.
– Chyba tak zrobię. Tam jest Wheat, szeryfie. Mój mąż. Strasznie mi zimno. – Objęła rękami nagie ramiona. Miała na sobie tylko żółty wiązany top. – Pójdę po sweter i wyjdę stąd z dziećmi, tak jak pan mówił.
– Jak najszybciej – przynaglił ją Jetty.
Kiedy już jej nie było, wszedł do łazienki. Poślizgnął się lekko na zalanej krwią podłodze, a potem zamarł.
– Widzi pan – powiedział Delroy.
– Kurwa, co się tutaj odpierdala? – zapytał Jetty.
Wheat z pewnością przedstawiał wstrząsający widok, martwy i zakrwawiony z drutem kolczastym wokół szyi, zupełnie jak Junior Junior. Ale w wannie, tyłem do kranu, siedział ten sam czarny mężczyzna, którego znaleźli u Juniora Juniora Milama. Ten sam obity tak, że rodzona matka by go nie poznała, czarny mężczyzna w tym samym ubrudzonym niebieskim garniturze, trzymał kolejną parę jąder w zakrwawionej, sztywnej i zaciśniętej czarnej dłoni.
– Co się dzieje, szeryfie? – zapytał Brady.
– Nie wiem. – Jetty wyszedł z łazienki i długo patrzył na Delroya. – Ściągnijże tu Jethro, żeby znowu zebrał odciski i zrobił zdjęcia. I zadzwoń do Fondle’a.
– I co mam mu powiedzieć?
– Jezu, Delroy. Jest koronerem. Chyba będzie wiedział, po co go tu wzywamy.
– Mam na myśli to, czy chce pan, żebym mu powiedział, że, no wie pan... czarnuch wrócił? – zapytał Delroy.
– O tym wspominać nie musisz – uznał Jetty. – No, wygląda na to, że specjalni detektywi nie są już nam potrzebni. Znaleźlimy nasze ciało.
– Czy to właśnie na nich żeśmy wpadli, wychodząc z komisariatu? – zapytał Brady.
– Miastowe gliny – powiedział szeryf. – Strasznie śliskie typy. Mądrale. Mają nas za wsiurów.
– Chcesz, żebymy im pokazali, jak wyjechać z miasta? – zapytał Brady. – I zadbali o to, by trzymali się z daleka?
– Zamknij się, Brady.
– Jak ten martwy gość się tu dostał? – zapytał Delroy.
Jetty nie odpowiedział.
– Niech to szlag. – Szeryf wmaszerował z powrotem do domu i ruszył do łazienki.
Delroy i Brady szli krok w krok za nim.
– O co chodzi, szeryfie? – zapytał Brady.
– Czy który z was sprawdzał puls czarnucha?
– Nie zrobił żem tego – powiedział Brady. – A ty, Delroy?
– Nie. Bał żem się go dotknąć.
Jetty przyklęknął obok wanny, zanurzając kolano we krwi na podłodze. Położył palce na gardle czarnego mężczyzny.
– Nic. Ten człowiek jest lodowaty.
– Więc on naprawdę nie żyje – stwierdził.