
Florence Grimes nie ma się czym pochwalić – nie ma stałej pracy, doskwiera jej samotność, wychowywanie syna w pojedynkę jest trudne. Dodatkowym problemem, z którym musi się mierzyć, są stosunki z matkami kolegów jej syna. Dylan chodzi bowiem do prywatnej szkoły – to tradycja rodzinna jego ojca, byłego męża Florence. Kobieta bezskutecznie próbuje nawiązać z nimi nić porozumienia.
Coś w jej tonie sprawia, że czuję się jak dziecko, które wysłano na dywanik do dyrektora. Nie pomaga fakt, że jestem dekadę młodsza od większości mam z St. Angeles, bo żadna nie zaliczyła wpadki jako dwudziestolatka.
Każdy poranek to dla Florence walka. Niejednokrotnie to syn zrywa ją z łóżka i raczy energetykiem, by w ogóle była zdolna odprowadzić go do szkoły. Przytłacza ją codzienność, a raczej to, że nie wygląda ona jak przed urodzeniem chłopca. Jako młoda dziewczyna Florence była bowiem członkinią girlsbandu. Nie ukrywa, że bardzo chciałaby do tego wrócić – wręcz desperacko usiłuje nawiązać kontakt z ludźmi z tamtych czasów, by otworzyć sobie drogę do kariery. Ale mimo tego, że Florence nie jest do końca zadowolona ze swojego obecnego życia, to naprawdę kocha swojego syna i, jak każda matka, jest w stanie dużo dla niego zrobić. Udowadnia to, kiedy podczas szkolnej wycieczki znika Alfie Risby, a cień podejrzeń pada na Dylana. Natychmiast podejmuje kroki mające na celu uchronienie chłopca.
Wiem, że to potworne mówić tak o dziecku, szczególnie zaginionym. I chociaż nie jestem z tego dumna, gdybym miała wskazać chłopca z klasy Dylana, by zniknął w środku dnia, Alfie znalazłby się na szczycie mojej listy.
Nikt nie ma pojęcia, co stało się z Alfiem. Florence, wspierana przez sąsiada i jedną z matek, rozpoczyna prywatne śledztwo. Każdy z nich ma inny powód. Grimes próbuje chronić syna, Adam chce jak najbardziej zbliżyć się do Florence, a Jenny daje się wciągnąć w próbę pomocy Risbym. Starając się działać w granicach prawa i opierając się na informacjach, które uda im się wyszarpać, kobiety starają się odnaleźć chłopca. Główny problem polega na tym, że Florence działa impulsywnie i niejednokrotnie podejmuje niekorzystne, a czasem wręcz szkodliwe decyzje. Jenny jest głosem rozsądku, mocno zagłuszanym.
Ogromnym problemem Florence jest jej egocentryzm. Bawi się ludźmi, rozgrywa ich według swoich potrzeb, tłumacząc to sobie koniecznością czy jakimś wyższym celem. Na tej zasadzie trzyma blisko siebie Adama, swojego sąsiada. Wie, że chłopak się w niej podkochuje i próbuje się do niej zbliżyć. Florence nic do niego nie czuje, ale utrzymuje go „pod ręką” i wykorzystuje za każdym razem, kiedy potrzebuje pomocy. Zresztą sama przed sobą przyznaje, że Adam jest jej „opcją zapasową”, facetem „na wszelki wypadek”. Nie ma skrupułów, by go wykorzystywać. Większość jej relacji tak wygląda, a jej macierzyństwu również można sporo zarzucić. Nie da się ukryć, że to dość irytująca i infantylna bohaterka.
„Inne matki mnie nienawidzą” jest dość przeciętnym i niewybijającym się thrillerem, któremu zabrakło trochę skoków emocjonalnych, zwrotów akcji i zaskoczeń. Ale też nie było źle. To idealna książka do wrzucenia do plażowej torby czy zabrania do pociągu. Nie zapadnie w pamięć na długo, ale będzie się ją przyjemnie czytać i skutecznie zajmie czas.
By ratować tych, których kochasz, musisz najpierw ocalić siebie.
03 kwietnia 2025
