
Wiktor Hagen był swego czasu jedną z najbardziej tajemniczych postaci polskiej literatury kryminalnej – był, bo na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału Wrocław 2011 ujawnił swą twarz i czytelnicy dowiedzieli się, kto kryje się za tym pseudonimem. Ale popularność jego książek nie wzięła się z owej tajemniczości, a z tego, że to po prostu świetne powieści (o czym świadczą nominacje do Nagrody Wielkiego Kalibru, przyznane i „Granatowej krwi”, i „Długiemu weekendowi”). Taki start z jednej strony jest dla pisarza wymarzony – który nie chciałby, by jego debiut zdobył rzesze fanów i nominację do najważniejszej nagrody gatunku? Z drugiej jednak niesie za sobą pewne niebezpieczeństwo – można bowiem w kolejnych powieściach nie utrzymać poziomu. Po zachwycie „Granatową krwią”, „Długi weekend” trochę mnie rozczarował, więc z ciekawością sięgnęłam po „Dzień zwycięstwa”, mając nadzieję, że oto trzymam w ręku powieść równą, jeśli nie lepszą od debiutu. Czy się spełniła? O tym za chwilę.
Osią powieści są obchody tytułowego „dnia zwycięstwa”. Do podwarszawskiego Jazdowa przyjeżdżają nie tylko ludzie spragnieni rozrywki, ale także osoby z wyższych sfer. Nemhauser i Mario zostają oddelegowani do pilnowania, by spotkanie dwóch rywalizujących związków kombatantów nie przerodziło się w krwawą jatkę. Oczywiście nie dosłownie, ale kto wie, może hrabina Zachert, przewodnicząca jednej organizacji, przemyci w reklamówce pomidory, którymi będzie chciała obrzucić pułkownika Gasztołda, weterana bitwy o Anglię, przewodniczącego konkurencyjnemu związkowi? Tymczasem pułkownik umiera, i to bynajmniej nie od pomidora. Zostaje zastrzelony w swoim pokoju, a prym wśród podejrzanych wiedzie właśnie hrabina – złapana na miejscu zbrodni z… mopem w ręku.
Groteska przykrywa tu smutną prawdę o polskiej rzeczywistości. Ksiądz, polityk, artysta, pracownik korporacji, arystokrata, dziennikarz… Galeria postaci przewijających się przez powieść jest imponująca, a każda ma brudne sumienie i każdej Hagen wbija szpilę, niejako za przewiny całej grupy społecznej, którą reprezentuje. Bo „Dzień zwycięstwa” momentami bardziej niż kryminał przypomina satyrę na świat, w którym liczą się jedynie pieniądze i układy.
Główny bohater, Robert Nemhauser, to człowiek z krwi i kości, policjant nietypowy. Historyk z wykształcenia, policjant z romantycznego powołania, szczęśliwy (ogólnie, bo ze szczegółami bywa różnie, zwłaszcza kiedy są wakacje i nie ma co zrobić z bliźniakami) ojciec i mąż. Za to pozostałe postaci „Dnia zwycięstwa” są bardzo schematyczne, niemal zbudowane ze stereotypów. Tyle że w przypadku powieści Hagena to nie jest zarzut: autor tę schematyczność doskonale ogrywa, często rozbudowując ją do granic karykatury, dzięki czemu, paradoksalnie, postaci przestają być papierowe (doskonałym przykładem jest tu partner Nemhausera, Mario, policjant rodem z żartów: mało rozgarnięty, uwielbiający rozwiązywać konflikty pięścią, a mimo tego bardzo sympatyczny, i, o dziwo, wiarygodny). Hagen jest przy tym doskonałym portrecistą i jednym zdaniem potrafi tchnąć życie w postać. Weźmy choćby ten fragment: „Niski człowieczek, który wychynął teraz z zaplecza, ubrany w zbyt dużą szarą marynarkę, ukłonił się księdzu. Cały wyglądał, jakby wszystkiego miał za dużo. Za długie uszy, za dużo skóry na twarzy, która obwisła, i nawet […] buty wyglądały na za duże”. Od razu go widzimy, prawda?
Takich bohaterów, wprowadzanych na krótką chwilę bądź na całą powieść (przy czym nigdy nie możemy być pewni, z którym przypadkiem mamy do czynienia), jest w „Dniu zwycięstwa” dużo. Tak dużo, że może to prowadzić do chaosu i czytelniczego zagubienia, bo trzeba naprawdę dużo uwagi, by spamiętać, kto jest kim i co tu robi. Choć krąg podejrzanych od początku jest zamknięty (klasyczny motyw closed room chyba nigdy nie straci na wartości), tropów jest tak wiele, że do końca nie wiadomo, kto zabił pułkownika. Nemhauser też ma problemy ze znalezieniem sprawcy – zwłaszcza że ma świadomość, iż ten niekoniecznie zostanie ukarany. W końcu sprawa dotyczy poważanych obywateli Rzeczpospolitej… Ta niepewność co do rozwiązania zagadki trzyma nas w napięciu niemal przez całą powieść.
Ale jest też w „Dniu zwycięstwa” coś, co zawiedzie wielu fanów powieści Hagena (i co zawiodło mnie): bardzo mało tu elementów z życia Nemhausera, które nadawały tym książkom charakterystyczny smak. W dalszym ciągu są gdzieś zmagania z bliźniakami i odrobina gotowania – ale to zaledwie okruchy tego, co Hagen serwował nam w swoich poprzednich powieściach i za co, śmiem twierdzić, polubili go czytelnicy. Jednak nawet mimo tego braku „Dzień zwycięstwa” pozostaje pozycją, z którą warto się zapoznać – choćby po to, by znów pobyć trochę z Nemhauserem.
Sprawa jest jasna. „Długi weekend” to kryminał zaangażowany. Na szczęście – nie w politykę, ale w jej krytykę. Tak, jak w „Granatowej ...
14 października 2011

Kryminalny debiut Wiktora Hagena to zdecydowanie debiut z rozmachem. Na czterysta siedemdziesiąt stron. Takie czterysta siedemdziesiąt stron, że po przeczytaniu ostatniej ...
10 stycznia 2011
