
Debiutancka powieść to zawsze niespodzianka – możemy trafić na coś słabego (zwłaszcza że czasy są, jakie są, i właściwie każdy może teraz opublikować książkę) albo odkryć perełkę. Gdzieś pomiędzy tymi biegunami sytuują się „Córki moru” Agaty Sosnowskiej. To rzecz mocno nierówna: dostrzegam w niej nieco wad, ale i kilka elementów, które wypadają na tyle dobrze, że z pewnością będę uważnie obserwować dalsze kroki autorki.
Główną bohaterką „Córek moru” jest Matylda. Piękna, rudowłosa, utalentowana graficzka nie ma szczęścia w miłości. Długo nie trafia na kogoś, z kim chciałaby dzielić życie, a kiedy już zakochuje się w Piotrze, ten okazuje się przemocowcem. W końcu Matylda decyduje się na ucieczkę – szuka schronienia w małej wsi gdzieś na Podlasiu. A tam zderza się z historią miejsca naznaczonego tragediami: w roku 1931 zostały tu zamordowane dwie kobiety oskarżone o czary i sprowadzenie moru na wieś, a w czasach drugiej wojny światowej mieszkanki wsi walczyły z okupantem – i za tę walkę zapłaciły życiem. Matylda nie wierzy w duchy, ale nie może zaprzeczyć, że wokół niej dzieją się dziwne rzeczy.
Nie towarzyszymy jednak tej bohaterce cały czas. Niektóre rozdziały zabierają nas w przeszłość podlaskiej wsi i pokazują perspektywę żyjących tam kobiet, między innymi butnej Dany. I to właśnie te wątki z historii Podlasia są dla mnie najciekawszym elementem powieści – świetnie budują atmosferę i wyróżniają książkę Agaty Sosnowskiej na tle innych debiutów. Uważam wręcz, że „Córki moru” byłyby lepsze, gdyby trochę ściąć historię Matyldy, a rozbudować opowieść o przeszłości Krutowa.
Ale co innego uwiera mnie mocniej: fakt, że autorka miała dużo pomysłów i nie potrafiła z żadnego z nich zrezygnować. W rezultacie powieść jest nieco przeładowana i trudno właściwie stwierdzić, czym miała być – thrillerem psychologicznym o przemocy domowej, kryminałem o tajemniczych zgonach kobiet, a może powieścią grozy w stylu Stephena Kinga? Zgoda, wszystkie te elementy łączy kwestia przemocy wobec kobiet, przedstawianej w różnych wymiarach i odsłonach. Ale jest ich po prostu za dużo i ta nadmiarowość trochę uwiera podczas lektury.
Właśnie wspomniane elementy w stylu Kinga wypadają w tej książce najsłabiej. Bo żeby historia tego typu naprawdę działała, czytelnik musi uwierzyć w jej założenia – w to, że miejsce może „pamiętać” wydarzenia, które się w nim rozegrały, że można wyczuć atmosferę śmierci czy dawnych tragedii. W moim przypadku ta warstwa nie zadziałała. Może dlatego, że tak mocno osadzona w rzeczywistości część powieści traktująca o perypetiach Matyldy kompletnie na to nie przygotowuje?
Warto w tym miejscu wspomnieć, że autorka jest psycholożką specjalizującą się w pracy z traumą. To ważne: myślę, że jej zawodowe doświadczenie przebija się w konstrukcji głównej bohaterki. To postać, którą niekoniecznie da się zawsze lubić – podejmuje frustrujące decyzje, irytuje nieracjonalnymi zachowaniami i nieustannymi wahaniami nastroju. Ale to nie jest zarzut w stronę autorki, wprost przeciwnie: prawdziwi ludzie też mogą irytować i drażnić, a od osoby straumatyzowanej – jaką bez wątpienia jest uciekająca z przemocowego związku kobieta – trudno oczekiwać racjonalności.
Dostrzegam zatem w „Córkach moru” literacki potencjał, ciekawe pomysły i wyczucie języka – powieść czyta się płynnie, a styl autorki jest przyjemny w odbiorze (kilka razy zatrzymałam się na wyjątkowo celnych zdaniach). Dlatego mimo niedoskonałości jestem ciekawa, w jakim kierunku pójdzie twórczość Agaty Sosnowskiej. To może być początek bardzo interesującej drogi.
Historia o sile kobiet, dziedziczonym strachu i prawdzie. Czy da się wyrwać z miejsca, które już cię wybrało? I co się stanie, gdy w końcu odważysz się spojrzeć za ...
17 lutego 2026
