Wywiad z Małgorzatą Oliwią Sobczak

Autor: materiały wydawcy Data publikacji: 15 maja 2020

„Potwór z Kartuz” nie jest jedynym przejawem zła, jaki pojawi się w tej powieści. Często w zwykłych ludziach kryją się straszne instynkty – tym straszniejsze, że im samym zdaje się, że czynią dobro – mówi o bohaterach swojego kryminału „Czerń” Małgorzata Oliwia Sobczak. „Czerwień,” która ukazała się we wrześniu ubiegłego roku, uznana została za jeden z najważniejszych debiutów kryminalnych ostatnich lat, a pisarkę okrzyknięto nową gwiazdą gatunku. „Czerń”, druga część bestsellerowej serii, potwierdza, że mamy do czynienia z ogromnym talentem. Już w księgarniach.

„Czerń” stanowi kontynuację „Czerwieni” – Twojego kryminalnego debiutu, który ukazał się w zeszłym roku i spotkał się ze spektakularną reakcją czytelników. I chociaż w drugim tomie spotkamy niektórych znanych z poprzedniej części bohaterów, to zaczyna się tutaj zupełnie nowa opowieść i znajomość pierwszej części wydaje się nie być konieczna. Taki był zamysł?

Fabułę „Czerni” otwiera powrót na Kaszuby Julii Sarman – pisarki, która ostatnie lata spędziła w Ameryce. To całkiem nowa bohaterka. Wraz z synkiem wprowadza się do wielkiego domu nad jeziorem. Okazuje się jednak, że powrót do miasta dzieciństwa mógł zbudzić demony, które przez lata spały w kaszubskiej ziemi. Ze względu na to, że akcja przenosi się z Sopotu do Kartuz, poznamy lokalnych mieszkańców, z których każdy zdaje się skrywać jakąś tajemnicę. I w tę lokalną społeczność rządzącą się swoimi prawami będzie musiał wniknąć Leopold Bilski, jeden z głównych bohaterów znanych czytelnikom z „Czerwieni”. Bilski ku swojemu niezadowoleniu zostaje zdegradowany i trafia do prokuratury rejonowej. Jego losy skrzyżują się z losami Anny Górskiej, z którą coś wcześniej go łączyło. Ta z kolei rozpoczyna pracę jako asesor prokuratorski, a w jej ręce trafia sprawa zaginionych dzieci. 

Myślę, że znajomość pierwszej część nie jest tutaj konieczna i „Czerń” można traktować jak  rodzaj kolejnej części filmu, w której spotykamy tych samych bohaterów, ale w całkiem innych okolicznościach. Fabuła związana zostaje z nową „zagadką”. Z drugiej strony ci, którzy są ciekawi, jak dalej potoczyły się losy Bilskiego i Górskiej, również będą zadowoleni.

Twoi bohaterowie zdają się szukać „nowego otwarcia”, odciąć się od przeszłości. Z różnym efektem. Myślisz, że taki nowy początek jest w ogóle możliwy? Da się porzucić traumy przeszłości?

Myślę, że nie można otworzyć nowego rozdziału życia, jeśli nie zamknęło się starego. Dlatego tak ważna jest konfrontacja z przeszłością. Jeśli całe życie ucieka się przed przeszłością, to ona nas goni. Tylko wyjście jej naprzeciw umożliwia odcięcie się od niej grubą kreską. Każdy musi w końcu spojrzeć w oczy swojemu cieniowi. Dlatego też Julia musiała powrócić do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło – do rodzinnego miasta, na Kaszuby.

Przeniesienie akcji właśnie tam nie jest chyba przypadkowe?

Zdecydowanie, dwa lata temu przeprowadziłam się z Sopotu na przedmieścia Trójmiasta – na kaszubską wieś. Jest w tych terenach coś takiego, co ogromnie oddziałuje na wyobraźnię. Na pewno ważną rolę odgrywa sama przyroda – gęste lasy, które nocą mogą budzić lekki niepokój, jeziora. Zresztą w ogóle te ziemie są w jakiś sposób magiczne. Jak się wgłębić w kaszubskie podania, to okazuje się, że pełno tu nie tylko upiorów i diabłów, ale też olbrzymów, duchów, mór i brodatych, człekopodobnych stworzeń. Ta sfera magiczna nie ogranicza się tylko do podań czy baśni, jeszcze w latach 20-tych na Kaszubach na porządku dziennym były różnego rodzaju rytuały wynikające z lęku przed tymi stworami wyciągniętymi z rozbudowanej kaszubskiej mitologii. 

Palono na stosach czarownice i wbijano wampirom kołki w serce?

Oczywiście! Na Pomorzu ostatnią „wiedźmę” spalono w XIX wieku! Jakby tego było mało na Kaszubach do całkiem niedawna żywa była wiara w demony, diabły, wampiry i upiory. Zdarzało się, że zmarłym kładziono na język monety, by zatrzymać upiora w grobie, wkładano sweter, by zły duch zaplątał się w wełnę, a nawet przebijano serca kołkiem, palono lub obcinano głowy nieboszczykowi. Na wypadek gdyby zmarły się przebudził, uciętą głowę często wkładano między nogi, żeby nie mógł po nią sięgnąć. Ten rodzaj pośmiertnego rytuału stał się zresztą inspiracją dla stworzenia swoistego modus operandi sprawcy w mojej książce. 

Trochę to wszystko zatrważające.

W tych kaszubskich podaniach trafić można też na zabawne elementy. Według podań pomorskie upiory były czerwone na twarzy, dlatego istniało powiedzenie „czerwony jak upiór”. W dobie popkulturowej wizji bladych arystokratycznych wampirów lub zgniłych zombie może się wydać ono dość niezrozumiałe. A tymczasem pomorski upiór miał czerwoną gębę, lubił jeść kiełbasę, sporo pił, wdawał się w bójki, a nawet wykazywał się chutliwością. 

Łukasz Kozak, znawca polskich upiorów, wskazuje, że niektóre upiory były takimi pośmiertnymi dresiarzami – tłukły garnki, biły parobków, straszyły pijaków, zaczepiały przechodniów, napastowały kobiety. Mogły też zamienić się w dziewczynę, by uwieść księdza. Były też takie, które dziesiątkowały całe wsie, zsyłając zarazę, rozrywały ludzi na kawałki i terroryzowały okolicę, poczynając od członków własnej rodziny. Walczyć mieli z nimi „upiorobójcy” – ludzie specjalizujący się w szukaniu i zabijaniu upiorów, którzy według ludowej wiary sami po śmierci stawali się żywymi trupami. 

To możliwe, że te wierzenia są na Kaszubach ciągle żywe? 

Istnieją badania, które pokazują, że jeszcze w latach 90-tych można było spotkać tutaj ludzi przekonanych o istnieniu demonów, pamiętających wspomniane rytuały, a nawet takich, którzy sami w nich uczestniczyli.

Niepokojącą atmosferę stworzonego przez Ciebie miasteczka potęguje poczucie klaustrofobii - każdy tu każdego zna, ciężko czegokolwiek się dowiedzieć, bo lokalnych tajemnic mieszkańcy stają się bronić za wszelką cenę. To poczucie klaustrofobii jest Ci bliskie?

Jeśli miałabym porównywać, to w Sopocie klaustrofobia była bardziej odczuwalna niż na Kaszubach! Bo to tam nie dało się przejść niezauważonym; na Monciaku, w sklepach, restauracjach, kinie czy w klubach zawsze spotykało się kogoś znajomego, a plotki o każdym niosły się z prędkością światła (śmiech). Z drugiej strony w Sopocie nigdy nie poznałam sąsiadów mieszkających za ścianą! Sopot to jedyne w swoim rodzaju małe miasteczko, pełne sprzeczności, między innymi dlatego też stało się przestrzenią fabularną pierwszej części Kolorów zła. 

Z kolei Kaszuby to otwarta przestrzeń, natura, ale też bliższe powiązania z osobami mieszkającymi tuż obok. Nigdy nie myślałam, że przeniosę się za miasto, ale kiedy mąż pokazał mi dom, w którym dzisiaj mieszkamy, wiedziałam, że to jest moje miejsce na ziemi. I to właśnie tu odnalazłam spokój i bezpieczeństwo, którego tak pragnęli moi bohaterowie.

 

W tym mieście, które miało stanowić bezpieczną przystań, żyje jednak zło pod mityczną postacią „Potwora z Kartuz”. Taka postać rzeczywiście istniała?

 

Nazwę dla mojego seryjnego mordercy pożyczyłam od zabójcy prostytutek z Kolumbii. „Potwór z Andów” miał na swoim sumieniu życie setek kobiet. Okazało się zresztą, że mścił się na swojej matce – prostytutce, która przyłapała syna na molestowaniu siostry, więc wywiozła go 200 mil od domu  i zostawiła przy drodze na pastwę losu. Późniejszy seryjny morderca miał wtedy osiem lat. To pokazuje jak często zło przenosi się z pokolenia na pokolenie. Natomiast sposób potraktowania ciała ofiary pochodzi z kaszubskich podań. Także ten mój seryjny morderca to taki zlepek wielu różnych tropów, odniesień, inspiracji i wyobraźni oczywiście. 

„Potwór z Kartuz” nie jest zresztą jedynym nośnikiem zła, jaki pojawi się w tej powieści. Często w zwykłych ludziach kryją się straszne instynkty - tym straszniejsze, że im samym zdaje się, że czynią dobro, przykładowo wierząc ślepo w religijne dogmaty albo interpretując je na swój sposób.

No właśnie, w „Czerni” mamy do czynienia z innym rodzajem zła niż w „Czerwieni”, chyba bardziej mrocznym. Ale przez ten mrok przebija się jasność. Czytamy  w którymś momencie „Pod powiekami coraz szerzej rozlewała się ciemność. Nie chciała w nią zapadać. Wolała światło dnia. Gdzieś nad nią zaskrzeczały żurawie. Uwielbiała ten odgłos. Niosący się po niebie krzyk, kojarzący jej się z dobrem i ciepłem. Czerń zaczęła się przerzedzać. Z trudem uniosła powieki”.

Pisanie „Czerni” wymagało ode mnie wejścia w mrok, konfrontacji z trudnymi tematami, siły, której chyba się po sobie nie spodziewałam. Jest to książka bardzo intensywna, ciemna jak noc, zresztą chyba wszyscy moi bliscy odczuli, jak trudny był momentami ten proces twórczy. Ale można odnaleźć w niej też piękno i miłość, i prawdę. I bohaterów, którzy nie boją się ciemności.

Ja zdecydowanie wierzę w dobro, w to, że ono wraca, gdy sami jesteśmy dobrzy, że gdy dajemy z siebie coś prawdziwego i szczerego, to los będzie nam sprzyjał, że prawda zawsze się obroni i bez względu na to, jak długa i ciemna jest noc, to w końcu wychodzi słońce.

Po debiucie zaczęto nazywać Cię nową gwiazdą polskiego kryminału. Trzeba przyznać, że na polskiej scenie kryminalnej narobiłaś sporo zamieszania. Pisząc „Czerń” czułaś presję, żeby sprostać oczekiwaniom czytelników?

Pierwszą wersję „Czerni” napisałam jeszcze przed publikacją „Czerwieni”, być może dlatego nie odczułam specjalnej presji. Z drugiej strony tego, co wydarzyło się po premierze „Czerwieni”, kompletnie się nie spodziewałam. Moja pierwsza książka nie spotkała się z dużym zainteresowaniem, a „Czerwień” z miejsca trafiła na listy bestsellerów, zaczęły się wywiady, spotkania z czytelnikami, spływało do mnie mnóstwo pozytywnych sygnałów od odbiorców, otworzyły się przede mną całkowicie nowe możliwości. To było naprawdę coś niesamowitego.

Ten kredyt zaufania od czytelników bardzo mnie motywuje. Skrupulatnie czytałam wszystkie recenzje „Czerwieni” – te dobre i te gorsze – i potraktowałam je jako materiał edukacyjny. Mam naturę perfekcjonistki, ale wystawianie swoich dzieł do publicznej oceny uczy dystansu i pokory. Wiem o tym, że nie da się spełnić oczekiwań wszystkich, a przynajmniej ciągle to sobie powtarzam (śmiech).

 

Małgorzata Oliwia Sobczak – pisarka, z wykształcenia kulturoznawczyni i dziennikarka. Pochodzi z Trójmiasta, w którym spędziła niemal całe życie. Autorka baśni Mali, Boli i Królowa Mrozu i powieści obyczajowej Ona i dom, który tańczy. W 2019 roku wydała doskonale przyjętą Czerwień, pierwszą część cyklu Kolory zła. Czerń to jego kontynuacja.

fot. Kuba Lewandowski

Udostępnij

PRZECZYTAJ TAKŻE

NOWOŚĆ

Czerń, Małgorzata Oliwia Sobczak

Opowieść o powrocie do miasta dzieciństwa, gdzie w otoczeniu gęstych kaszubskich lasów, w całkowitej ciemności, przed laty narodziło się zło. Premiera już dziś!

06 maja 2020

RECENZJA

Czerwień, Małgorzata Oliwia Sobczak

Choć Małgorzata Oliwia Sobczak nie uniknęła kilku błędów, „Czerwień” to bardzo obiecujący debiut.

04 listopada 2019

WYWIAD

Rozmowa z autorką „Czerwieni” - Małgorzatą Oliwi

Rozmowa z autorką głośnego debiutu „Czerwień” - Małgorzatą Oliwią Sobczak

09 września 2019

NOWOŚĆ

Kolory zła. Czerwień, Małgorzata Oliwia Sobczak

Pod naszym patronatem ukazała się właśnie „Czerwień” z serii „Kolory zła”. To opowieść o zbrodniarzu, który powraca po 17 latach...

04 września 2019